Trzeba uratować przemysł chemiczny w Europie - Tomasz Zieliński
2026-06-10
Naszym rozmówcą jest Tomasz Zieliński, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego
W przemyśle chemicznym od dawna mówi się o kryzysie. Właściwie to już prawie 20 lat temu po raz pierwszy w tym wieku padło to słowo w kontekście opisu sytuacji w przemyśle. Było jednak tak trudno i źle jak teraz, czy obecnie mamy do czynienia z wyjątkowo złym czasem?
Dzisiejsza sytuacja nie jest już tylko kolejnym trudnym cyklem, ale momentem znacznie poważniejszym, bo ma wyraźnie charakter strukturalny. Europejska chemia pozostaje fundamentem gospodarki. Produkty przemysłu chemicznego są obecne praktycznie we wszystkich sektorach, od energetyki i budownictwa po farmację i nowoczesne technologie. Niestety branża chemiczna nadal traci swoją pozycję konkurencyjną, o czym świadczą liczby: w latach 2022-2025 ogłoszono zamknięcie 37 mln ton mocy produkcyjnych w europejskim przemyśle chemicznym, co przekłada się na ok. 9% w ogóle europejskich mocy produkcyjnych. Trudno więc mówić wyłącznie o chwilowym osłabieniu koniunktury.
Kryzysy w chemii oczywiście pojawiały się już wcześniej. Były często pokłosiem kryzysów w innych dziedzinach. Wystarczy wspomnieć światowy kryzys finansowy z lat 2008-2009 r., pandemię Covid-19, czy inwazję Rosji na Ukrainę, której następstwem był kryzys energetyczny. Natomiast dziś problem polega na tym, że nakłada się na siebie kilka silnych czynników jednocześnie: rosnąca presja importowa, coraz bardziej złożone otoczenie regulacyjne, a także niestabilność geopolityczna, która dodatkowo zwiększa niepewność zwłaszcza na rynkach energii i w łańcuchach dostaw.
Należy zwrócić uwagę, że obecny kryzys, przejawiający się w potężnym osłabieniu konkurencyjności europejskiej chemii spowodowany jest wieloma czynnikami, które są obecne od lat i stopniowo się nawarstwiały, np. inwestycje europejskich firm i tworzenie tańszych mocy wytwórczych poza Europą m.in. w Azji, wzrost obciążeń regulacyjnych w Europie, dynamiczna ekspansja Chin i ich rosnący udział w globalnej chemii itp. Wojna w Ukrainie i gwałtowne wzrosty cen surowców, zwłaszcza gazu ziemnego, w Europie dodatkowo pogłębiły tę trudną sytuację. Ekspansja Chin na rynek europejski, i w ogóle globalny, trwa już długie lata. Przez ostatnie nieco ponad 20 lat udział Chin w globalnym rynku chemikaliów wzrósł z 10% do aż 46%, przy jednoczesnym spadku udziału Europy z 27% do 13%.
Jednym z największym problemów pozostają dziś m.in. ceny energii. To szczególnie istotne w momencie, gdy przemysł ma się jednocześnie dekarbonizować i realizować coraz ambitniejsze cele transformacyjne, w tym związane chociażby z wodorem.
Przemysł chemiczny ma przy tym unikatowy charakter jako sektor energochłonny, ponieważ w jego przypadku energia nie służy wyłącznie do zasilania procesów, ale w dużej mierze stanowi również surowiec zawarty w finalnych produktach. Wobec tego skala znaczenia dostępu do konkurencyjnej cenowo energii jest bardzo duża. W takiej konfiguracji czynników trudno mówić o krótkoterminowym pogorszeniu koniunktury. Obecne uwarunkowania w coraz większym stopniu determinują to, czy produkcja i inwestycje pozostaną w Europie, czy będą stopniowo przenoszone poza nią. Ale tu pojawia się pytanie: gdzie te inwestycje mogą się przenieść? Rynek chiński już się nimi wypełnił.
Izba właśnie opublikowała kluczowe rekomendacje polskiego przemysłu chemicznego ws. przyszłości EU ETS. Które z nich są absolutnie kluczowe dla przetrwania sektora i dlaczego – szczególnie w kontekście utrzymania bezpłatnych uprawnień i rekompensat kosztów pośrednich po 2030 r.?
Izba od kilku lat postuluje o konieczność rewizji systemu ETS. Mamy to zapisane w Manifeście Polskiej Chemii opublikowanym już w 2024 r., a także wielokrotnie postulowaliśmy to też m.in. podczas polskiej prezydencji w radzie UE, i jednocześnie w ramach projektu Polska Chemia w Prezydencji PL. Nie dalej jak na Chemicznym Otwarciu Roku w marcu tego roku, organizowanym przez Polską Izbę Przemysłu Chemicznego, potwierdziliśmy, że ETS wymaga natychmiastowej reformy.
Dobrym sygnałem jest to, że sama Rada Europejska wezwała Komisję Europejską do przeglądu systemu EU ETS, co ma nastąpić najpóźniej do lipca 2026 r. Pokazuje to bardzo wyraźnie, z jak poważnymi kwestiami mamy do czynienia. Nie mówimy już wyłącznie o kwestii klimatycznej, ale coraz mocniej wybrzmiewa dziś to, że sposób funkcjonowania EU ETS wpływa bezpośrednio na ceny energii, koszty w łańcuchach dostaw, konkurencyjność przemysłu ale i szerzej – na bezpieczeństwo gospodarcze Polski i całej Europy.
Dlatego, jako PIPC, od dłuższego czasu podkreślamy, że obecna trajektoria systemu ETS jest niedostosowana do realiów technologicznych, inwestycyjnych i infrastrukturalnych, w jakich funkcjonuje przemysł. Jeżeli ma on jednocześnie utrzymać produkcję w Europie i realizować z jednej strony konieczną, ale jednocześnie bardzo kosztowną transformację, potrzebuje stabilnych i przewidywalnych warunków. W przeciwnym razie EU ETS nie będzie wspierał dekarbonizacji przemysłu, lecz będzie zwiększał ryzyko relokacji produkcji i emisji poza Unię Europejską.
Jako PIPC postulujemy przede wszystkim utrzymanie obecnego poziomu bezpłatnych uprawnień do emisji dla przemysłu energochłonnego, w tym oczywiście dla przemysłu chemicznego, oraz kontynuację systemu rekompensat kosztów pośrednich po 2030 r., ponieważ są to podstawowe mechanizmy ograniczające ryzyko ucieczki emisji. W obecnych warunkach kluczowe jest zapewnienie odpowiedniej puli uprawnień, która zagwarantuje płynność i przewidywalność systemu w dłuższym horyzoncie, bez wywoływania presji na ograniczanie produkcji przemysłowej wyłącznie z powodów kosztowych.
Szczególne znaczenie mają rekompensaty kosztów pośrednich, ponieważ to właśnie koszty energii elektrycznej, silnie powiązane z ceną CO₂ , stanowią dziś jeden z głównych czynników konkurencyjności. Europejski, ale i w tym oczywiście polski przemysł chemiczny konkuruje z regionami, które nie ponoszą porównywalnych kosztów klimatycznych, dlatego utrzymanie i wzmocnienie tego mechanizmu jest warunkiem utrzymania produkcji w UE. W tym kontekście postulujemy m.in. zwiększenie intensywności pomocy oraz uproszczenie zasad jej przyznawania, tak aby system realnie kompensował rosnące koszty i wspierał inwestycje.
Chiński eksport chemikaliów do Europy potroił się w ciągu kilku lat, a europejskie moce produkcyjne spadły o 9% w latach 2022–2025. Czy obecne procedury antydumpingowe i CBAM są jeszcze w stanie cokolwiek zmienić, czy też potrzebujemy zupełnie nowego podejścia do ochrony rynku – np. tymczasowych ceł ochronnych lub krajowych rejestrów importerów?
Dyskusja o skuteczności narzędzi ochrony rynku musi dziś uwzględniać ich rzeczywistą rolę w całej architekturze regulacyjnej UE. CBAM i EU ETS nie funkcjonują w próżni – ich efektywność zależy od tego, czy razem tworzą spójny i operacyjnie skuteczny system przeciwdziałania ucieczce emisji i dumpingowi kosztowemu. Z perspektywy przemysłu chemicznego kluczowe jest jednak to, że obecnie podstawowym i najbardziej bezpośrednim mechanizmem ochronnym pozostają darmowe uprawnienia ETS, podczas gdy CBAM ma charakter uzupełniający i wciąż niedoskonały.
CBAM nie jest mechanizmem idealnym i jako PIPC wielokrotnie wskazywaliśmy na ryzyka związane z jego obchodzeniem. Z perspektywy przemysłu chemicznego najważniejsze jest to, że CBAM w obecnym kształcie nie daje jeszcze pełnej, szczelnej ochrony przed ucieczką emisji i nierówną konkurencją. Mechanizm nadal budzi wiele pytań praktycznych i wciąż pozostawia przestrzeń do obchodzenia przepisów. Dlatego podkreślamy, że dopóki CBAM nie udowodni swojej skuteczności w praktyce, nie powinien być pretekstem do szybszego wycofywania darmowych uprawnień w EU ETS. Dla branż takich jak chemia, które są jednocześnie energochłonne i silnie zaangażowane w handel międzynarodowy, oznaczałoby to po prostu dalsze osłabienie konkurencyjności. Import byłby częściowo chroniony, a europejscy producenci eksportujący poza UE zostawaliby z pełnym kosztem ETS i bez realnej osłony.
Dlatego potrzebujemy szerszego podejścia do ochrony rynku. Po pierwsze, utrzymania dotychczasowych zabezpieczeń, takich jak darmowe uprawnienia do emisji CO2 oraz rekompensat kosztów pośrednich. Po drugie, skuteczniejszych mechanizmów przeciwdziałania obchodzeniu CBAM, w tym mocniejszej weryfikacji importerów, pochodzenia produktów i rzeczywistych zdolności produkcyjnych dostawców spoza UE.
W tym kontekście zwracaliśmy uwagę na konieczność utworzenia na poziomie krajowym, rejestru importerów wprowadzających produkty na polski rynek, który dokładnie weryfikowałby, czy deklaracje producentów pokrywają się z rzeczywistością, tj. czy rzeczywiście posiadają odpowiednie zdolności produkcyjne, pełne zaplecze przemysłowe, a nie jedynie magazyn przeładunkowy czy prywatny adres. Jeżeli chcemy mówić o równych warunkach konkurencji, musimy wiedzieć nie tylko kto formalnie wprowadza produkt na rynek, ale też skąd on realnie pochodzi, kto go wyprodukował i czy za deklaracjami stoi rzeczywista działalność przemysłowa.
W marcu tego roku Izba powołała Forum ds. Critical Chemicals Alliance. Jakie konkretne instrumenty sojusz musi wypracować, żeby realnie wzmocnić suwerenność chemiczną Europy i Polski?
Dziś najważniejsze jest to, aby Sojusz wypracował jasne kryteria identyfikacji chemikaliów i instalacji o znaczeniu strategicznym – i to jest rola pierwszej grupy roboczej: Critical Molecules and Critical Production Sites. Chodzi o stworzenie wspólnej metodologii oraz zestawu kryteriów na poziomie UE, które pozwolą jednoznacznie określić, które molekuły i instalacje mają kluczowe znaczenie dla gospodarki i bezpieczeństwa Europy. To punkt wyjścia do wszystkich pozostałych działań.
Kolejne grupy robocze odpowiadają już za przełożenie tej diagnozy na konkretne narzędzia. Monitoring handlu - grupa Trade ma zapewnić bieżącą identyfikację zakłóceń rynkowych i presji importowej, modernizacja i inwestycje - grupa Modernisation & Investments ma stworzyć warunki do utrzymania i rozwoju kluczowych mocy produkcyjnych w Europie, a obszar rynków wiodących - Lead Markets ma wygenerować popyt na produkty niskoemisyjne i strategiczne, bez którego transformacja nie będzie miała uzasadnienia ekonomicznego.
Z perspektywy Polski istotne jest, aby prace Sojuszu uwzględniały zróżnicowanie państw członkowskich, w tym realia Europy Środkowo-Wschodniej. Instrumenty dotyczące chemikaliów krytycznych, inwestycji czy wsparcia rynku muszą być projektowane w sposób inkluzywny, a nie wyłącznie z perspektywy największych gospodarek.
W tym kontekście Forum ds. Critical Chemicals Alliance powołane przez PIPC, z zaangażowaniem przedstawicieli Członków Izby, ma uporządkować perspektywę polskiego sektora i przełożyć ją na spójny wkład do prac unijnych – tak, aby w europejskiej debacie wyraźnie wybrzmiały także priorytety związane m.in. z ochroną rynku, odpornością łańcuchów dostaw i tempem wdrażania instrumentów wsparcia.
11 czerwca br. startuje XIII Kongres Polska Chemia. Jakie trzy tematy debaty uważa Pan za najważniejsze w tym roku i jakie jedno kluczowe przesłanie chce Pan przekazać rządzącym i Komisji Europejskiej?
Tegoroczny Kongres Polska Chemia bardzo wyraźnie pokazuje, że dyskusja o przyszłości sektora przestała być teoretyczna. Dziś rozmawiamy o bardzo konkretnych warunkach utrzymania i rozwoju produkcji w Europie. Ze względu na szerokie spektrum działalności przemysłu chemicznego trudno jest wybrać tylko trzy tematy, ponieważ jest ich sporo o wysokim znaczeniu dla branży. Jednak jednym z trzech kluczowych obszarów na pewno będzie transformacja przemysłowa, ale w ujęciu realnych kosztów, dostępności energii i wykonalności technologii.
Drugi to konkurencyjność branży a regulacje. Nie sposób pominąć Chemical Industry Package i ogłoszonych już tym roku, nie tylko Critical Chemicals Alliance czy Industrial Accelerator Act, ale także rewizję REACH, ETS czy innych regulacji i działań administracji unijnej mających na celu odbudowę konkurencyjności.
Trzeci to bezpieczeństwo – w tym rola chemii w systemie gospodarczym i obronnym. Bezpieczeństwo to także odporność gospodarki, a zwłaszcza strategicznego sektora jak chemia. To tu, w tej branży zaczyna się bezpieczeństwo naszych instalacji, łańcuchów dostaw, innych sektorów gospodarki, a na końcu całej gospodarki i wszystkich dziedzin życia.
Jeśli chodzi o przesłanie do decydentów, to ono jest dziś bardzo proste: czas na wdrażanie, nie na projektowanie kolejnych strategii. Przemysł funkcjonuje już w warunkach bardzo wysokiej presji kosztowej i regulacyjnej, a kolejne inicjatywy – jeśli nie idą za nimi konkretne instrumenty – tylko zwiększają niepewność. Dziś kluczowe jest stworzenie warunków, w których firmy będą w stanie inwestować i rozwijać produkcję w Europie, a nie ją ograniczać lub przenosić.
Ponadto, nie zabraknie np. nowych technologii i inwestycji, a w tym zakresie pytania, gdzie polska i cała europejska chemia może jeszcze budować przewagi i czy ma do tego warunki.
Ważnym obszarem dyskusji będzie z pewnością geopolityka. Nie tylko trwająca wojna w Ukrainie, ale także konflikt na Bliskim Wschodzie znacząco wpływają na sytuację globalną przemysłu chemicznego. Utrudnienia logistyczne, zachwianie łańcuchów dostaw, wzrost notowań surowców, przetasowania podaż-popyt – to tylko wybrane ważne elementy, być może, nowego globalnego modelu zależności przemysłowych.
Kongres Polska Chemia, jak zawsze, będzie najważniejszym punktem w kalendarzu Polskiej Chemii, miejscem kluczowych dyskusji o przyszłości branży.
Branża działa w otoczeniu ponad 450 aktów prawnych. Czy pakiet deregulacyjny, jak Clean Industrial Deal, Omnibus to realna ulga, czy tylko kosmetyka? Które konkretne regulacje powinny zostać pilnie „odchudzone”?
To jest krok w dobrą stronę, ale jeszcze nie przełom. Clean Industrial Deal i pakiety Omnibus dobrze diagnozują problem nadmiernej złożoności regulacyjnej i próbują ograniczyć część obciążeń administracyjnych, natomiast skala tych zmian wciąż jest mniejsza niż skala wyzwań, z jakimi mierzy się przemysł chemiczny.
W przypadku sektora chemicznego rzeczywiście pojawiły się konkretne uproszczenia – mówimy m.in. o zmianach w CLP czy uproszczeniu niektórych procedur i wymogów informacyjnych. Równolegle Komisja zapowiedziała rewizję REACH, która ma właśnie iść w kierunku uproszczenia i przyspieszenia procedur. To są ważne sygnały, bo REACH jest dziś jednym z najbardziej złożonych i kosztownych elementów całego systemu regulacyjnego dla branży.
Problem polega na tym, że deregulacja dotyka dziś głównie „warstwy administracyjnej”, podczas gdy największe obciążenia mają charakter systemowy. Przemysł wciąż funkcjonuje w otoczeniu kilkuset aktów prawnych, często niespójnych, nakładających się i generujących bardzo długie procesy decyzyjne, szczególnie w obszarze inwestycji i pozwoleń środowiskowych.
Dlatego z perspektywy branży kluczowe jest dziś nie tylko upraszczanie pojedynczych obowiązków, ale realne „odchudzenie” systemu tam, gdzie wpływa on na koszty, czas i przewidywalność działania.
Manifest Polskiej Chemii i liczne apele do Ursuli von der Leyen pokazały, że Izba mocno gra o interesy branży na poziomie europejskim. Jak ocenia Pan dzisiejszy poziom dialogu z polskim rządem w kontekście wsparcia dla energochłonnych sektorów?
Jako Polska Izba Przemysłu Chemicznego bardzo aktywnie uczestniczymy w procesie kształtowania polityk zarówno na poziomie europejskim, jak i krajowym. Bierzemy udział w konsultacjach publicznych, pracach legislacyjnych, posiedzeniach komisji i grup roboczych, a także prowadzimy bezpośredni dialog z przedstawicielami administracji. Ten dialog coraz częściej przekłada się też na konkretne, wspólne działania, czego przykładem jest European Chemical Industry Forum ECIF, którego pierwszą edycję zorganizowaliśmy wspólnie z Ministerstwem Rozwoju i Technologii w Warszawie. Naszym celem jest to, aby głos przemysłu chemicznego był obecny na każdym etapie tworzenia regulacji i decyzji wpływających na sektor. Przed ECIF nie tylko kolejna edycja w 2026 r., ale jego nowa forma, jako ciągłej płaszczyzny prac dla sektora, ale o tym powiemy niebawem.
Na tym tle dialog z polskim rządem oceniamy dobrze. Widzimy po stronie administracji krajowej realne zrozumienie dla wyzwań, z jakimi mierzy się dziś przemysł chemiczny – zarówno w kontekście kosztów energii, presji regulacyjnej, jak i rosnącej konkurencji spoza Unii Europejskiej – i co istotne, nie jest to wyłącznie poziom deklaratywny.
Dostrzegamy również gotowość przedstawicieli administracji do dalszego zaangażowania na rzecz wypracowania takich rozwiązań na poziomie krajowym i unijnym, które będą lepiej chronić europejski przemysł chemiczny oraz wspierać jego funkcjonowanie w warunkach transformacji. To szczególnie ważne w momencie, gdy coraz wyraźniej widać, że konkurencyjność przemysłu, bezpieczeństwo gospodarcze i cele klimatyczne muszą być traktowane łącznie.
Europa systematycznie traci zdolności produkcyjne w chemii, a Polska odnotowała w 2025 r. spadek produkcji o ok. 2 mld zł. Czy grozi nam realna deindustrializacja tego sektora i czy – w Pana ocenie – ktokolwiek z decydentów przejmuje się tym naprawdę, a nie tylko w sensie deklaratywnym?
To jest moment, w którym trzeba bardzo precyzyjnie rozróżnić dwie rzeczy. Z jednej strony mamy twarde dane – spadek produkcji, ograniczanie mocy, wstrzymywanie inwestycji – które pokazują, że presja na sektor jest realna i długotrwała. Z drugiej strony widzimy też wyraźną zmianę tonu w debacie europejskiej i większe zrozumienie dla roli przemysłu, w tym chemii, w gospodarce.
Raport Mario Draghiego bardzo jasno wskazał, że bez silnej bazy przemysłowej Europa nie będzie w stanie utrzymać swojej konkurencyjności, ani realizować celów klimatycznych. I to jest kierunek, który zaczyna być coraz wyraźniej dostrzegany również w działaniach Komisji Europejskiej.
Z perspektywy branży kluczowe jest to, że przemysł chemiczny nie kwestionuje celów transformacji – wręcz przeciwnie, chce się dekarbonizować i aktywnie dąży do realizacji postawionych celów. Warunkiem powodzenia tego procesu jest jednak dostęp do – jak już wiele razy wspominaliśmy – konkurencyjnej cenowo energii, odpowiednich narzędzi, w tym finansowania, a także sprzyjającego otoczenia regulacyjnego. Bez skutecznych mechanizmów wsparcia transformacja może okazać się zbyt kosztowna, by realizować ją w Europie na zakładaną skalę.
Dlatego powiedziałbym, że jesteśmy dziś w punkcie przejściowym. Widzimy większą świadomość problemu i pierwsze korekty podejścia po stronie decydentów, ale jednocześnie skala wyzwań jest na tyle duża, że kluczowe będzie tempo działania. Potrzebujemy szybkich, konkretnych i proporcjonalnych decyzji, które nadążą za dynamiką sytuacji, w jakiej znajduje się przemysł chemiczny.
W 2026 r. Unia mówi o wdrażaniu Industrial Accelerator Act oraz elementów European Chemicals Industry Action Plan. Które elementy tych inicjatyw są najbardziej obiecujące z punktu widzenia polskiego przemysłu chemicznego, a które budzą największe obawy o dodatkowe obciążenia biurokratyczne?
Z perspektywy polskiego przemysłu chemicznego w Industrial Accelerator Act widać kilka naprawdę potrzebnych zmian. Przede wszystkim wyraźnie dostrzeżono, że chemia jest sektorem strategicznym – kluczowym dla bezpieczeństwa surowcowego, transformacji energetycznej i funkcjonowania całej gospodarki – i zaczyna to znajdować odzwierciedlenie w kierunkach polityki przemysłowej UE.
Druga kluczowa kwestia to uproszczenie procedur. Dziś inwestycje przemysłowe często przegrywają nie z brakiem technologii czy kapitału, ale z czasem i biurokracją, oczywiście z pozaeuropejską konkurencją także. Jeśli faktycznie uda się wprowadzić jednolite punkty kontaktowe i skrócić ścieżki administracyjne, może to być jedna z najbardziej odczuwalnych zmian dla firm.
Do tego dochodzi temat finansowania. Transformacja przemysłu kosztuje i bez realnego wsparcia nie będzie możliwa. Dlatego powiązanie IAA z instrumentami finansowymi to krok w dobrym kierunku – pod warunkiem, że pieniądze rzeczywiście trafią do przemysłu i pozwolą uruchomić inwestycje, a nie utkną w systemie.
Zasadniczym problemem systemowym pozostaje jednak sposób projektowania preferencji rynkowych, które w dużej mierze mają opierać się na intensywności emisji CO₂ produktu. Takie podejście jest zbyt uproszczone i w praktyce może premiować nie tyle efektywność technologii, co warunki systemowe, takie jak krajowy miks energetyczny.
Patrząc na sytuację branży chemicznej w marcu 2026 r. – gdyby miał Pan wskazać jeden czynnik, który obecnie najbardziej decyduje o tym, czy polski przemysł chemiczny utrzyma konkurencyjność w Europie, to co by to było?
Dziś o konkurencyjności polskiego przemysłu chemicznego w ogromnym stopniu decydują ceny energii, zarówno elektrycznej jak i surowców energetycznych, w tym zwłaszcza gazu ziemnego. I widać to szczególnie mocno w obecnej sytuacji geopolitycznej: wojna na Bliskim Wschodzie oraz zakłócenia przepływów przez Cieśninę Ormuz natychmiast przełożyły się na napięcia na światowych rynkach energii. Ormuz ma kluczowe znaczenie nie tylko dla ropy, ale również dla handlu LNG, więc każdy wstrząs w tym regionie niemal automatycznie podbija presję cenową także na rynku gazu.
Dla chemii to jest problem podwójny. Gaz nie jest tu tylko paliwem, ale także surowcem - i to właśnie dlatego branża odczuwa takie szoki mocniej niż wiele innych sektorów. Kiedy rośnie cena gazu, rosną również koszty wytwarzania całych grup produktów chemicznych. A kiedy do tego dochodzi wysoka zmienność rynku, firmy tracą możliwość spokojnego planowania produkcji, zakupów i inwestycji.
Dlatego dziś najważniejsze nie jest nawet samo pytanie o dostępność surowca, ale o jego cenę i przewidywalność. Polska i Europa są lepiej przygotowane infrastrukturalnie niż kilka lat temu, ale nadal pozostają bardzo wrażliwe na globalne szoki cenowe. A bez energii dostępnej po akceptowalnej cenie trudno mówić nie tylko o utrzymaniu konkurencyjności, ale nawet o bezpiecznym prowadzeniu transformacji przemysłu chemicznego.
Natomiast, niestety, ceny energii to nie jest jedyny problem Polskiej Chemii, którego rozwiązanie natychmiast odbudowałoby konkurencyjność. Pamiętajmy, cele drogiej transformacji czy regulacje pozostają. Pozostaje także tani import spoza UE.
Podczas Chemicznego Otwarcia Roku 2026 podkreślał Pan rosnącą zmienność rynków energii i surowców, m.in. w kontekście napięć na Bliskim Wschodzie. Jest Pan optymistą, że sytuacja w tym zakresie może się w najbliższej przyszłości poprawić, czy raczej o ten optymizm trudno?
Jak pokazuje konflikt na Bliskim Wschodzie, jego wpływ nie ma zasięgu regionalnego a globalny. To już nie tylko zaburzenia logistyczne, wstrzymane dostawy, ale zatrzymania produkcji czy zniszczenia instalacji wytwórczych. Widzimy to nie tylko w notowaniach głównych surowców ropy i gazu, ale i w zachowaniu poszczególnych gospodarek uzależnionych od dostaw z tego regionu. Azja, zwłaszcza Chiny, Korea Południowa czy Indie są dobrym przykładem. Przykładowo same Chiny ograniczyły lub nawet wstrzymały eksport wielu produktów chemicznych, aby zabezpieczyć własny rynek.
Presja i niepewność są ogromne. Dawno nie mieliśmy tak zaburzonej relacji popyt-podaż w zakresie ropy i gazu. Ale jestem optymistą. Wiele gospodarek po prostu tego nie wytrzyma długoterminowo. Myślę, że właśnie z kierunku takich gospodarek, zarówno tych, których budżety bazują na wydobyciu i sprzedaży ropy i gazu, jak i takich, które będą dotknięte brakami surowców czy wysokimi cenami paliw i wzrostem kosztów życia, pojawi się olbrzymia presja na zakończenie konfliktu. Niestety są i tacy, którzy na tym korzystają jak Rosja, która po prostu więcej zarabia na surowcach i może dalej finansować wojnę w Ukrainie. Natomiast, przez pewien po zakończeniu konfliktu czas będziemy jeszcze odczuwać jego skutki. Instalacje muszą się naprawić, a to potrwa.
Podczas Chemicznego Otwarcia Roku 2026 dużo mówiono także o rosnącym znaczeniu chemii dla bezpieczeństwa narodowego i łańcuchów dostaw w warunkach niestabilnej geopolityki. Czy Izba zauważa już rosnące zapotrzebowanie ze strony państwa lub sektora obronnego na krajową produkcję chemiczną?
Widzimy wyraźnie, że znaczenie krajowej produkcji chemicznej z perspektywy bezpieczeństwa państwa i sektora obronnego rośnie. Pojawiają się nowe możliwości współpracy między przemysłem zbrojeniowym a sektorem chemicznym. Coraz częściej nie jest to już relacja czysto pośrednia, ale bardziej świadome budowanie powiązań wokół produktów, półproduktów i kompetencji ważnych dla bezpieczeństwa oraz stabilności dostaw. To bardzo istotny sygnał, bo pokazuje, że chemia zaczyna być postrzegana jako jeden z fundamentów ich zdolności operacyjnych. Za tym muszą iść jednak trwałe warunki dla utrzymania produkcji w Europie i w Polsce. Inaczej będziemy mówić o strategicznym znaczeniu sektora, ale bez realnych narzędzi, które to znaczenie zabezpieczą.
Industrial Accelerator Act został przedstawiony przez Komisję Europejską na początku marca 2026 r. Jak ocenia Pan ten projekt z perspektywy polskiego przemysłu chemicznego? Które elementy mogą realnie pomóc branży, a które mogą okazać się niewystarczające lub wręcz generować nowe wyzwania?
Tak jak już sygnalizowałem wcześniej – Industrial Accelerator Act idzie w dobrym kierunku, ale trzeba zwrócić uwagę na szczegóły. Na poziomie ogólnym widać kilka elementów, o które przemysł chemiczny długo postulował. Wreszcie jasno wybrzmiało, że chemia jest sektorem strategicznym, a uproszczenie procedur inwestycyjnych – jeśli faktycznie zostanie wdrożone – może realnie odblokować część projektów, które dziś zatrzymują się na etapie administracyjnym.
Natomiast kluczowa kwestia, o której mówimy od początku, to sposób budowania mechanizmów rynkowych. Jeśli preferencje dla produktów mają być oparte głównie na intensywności emisji CO₂, to mamy poważny problem. Taki model może w praktyce premiować tych, którzy działają w bardziej sprzyjających warunkach energetycznych. A to nie jest uczciwa konkurencja, tylko przesunięcie problemu w inne miejsce.
Widzimy też, że sektor chemiczny nie znalazł się w pierwszej fali instrumentów popytowych. Można to tłumaczyć złożonością sektora, ale z perspektywy branży oznacza to jedno: kluczowe narzędzia wsparcia wciąż są przed nami i nie mamy jeszcze pewności, jak będą wyglądały. Dlatego nasza ocena pozostaje ostrożna. Kierunek jest dobry, ale to dopiero początek. A w obecnej sytuacji przemysł nie ma już czasu na rozwiązania, które będą działały dopiero za kilka lat.
Podejmijmy jeszcze na koniec wątek głębokiej niepewności spowodowanej zmiennością cen energii i falą taniego importu. Jak te dwa czynniki w praktyce wpływają dziś na decyzje inwestycyjne i bieżącą działalność polskich firm chemicznych? Co Izba uważa za najpilniejsze „narzędzia szybkiej reakcji” na takie zakłócenia rynkowe?
Te dwa czynniki dziś realnie ściskają przemysł chemiczny z dwóch stron. Z jednej strony mamy energię – drogą i przede wszystkim nieprzewidywalną. A bez przewidywalności nie ma inwestycji. Firmy wstrzymują decyzje, odkładają modernizacje, bo po prostu nie wiedzą, czy za kilka miesięcy koszty nie będą jeszcze wyższe.
Z drugiej strony mamy napływ taniego importu, który często nie ponosi tych samych kosztów regulacyjnych i energetycznych co produkcja w Europie. I w praktyce oznacza to, że nawet firmy gotowe inwestować i się transformować zaczynają przegrywać cenowo na własnym rynku. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo prowadzi do stopniowego wypychania produkcji poza Europę, to zjawisko realnie obserwujemy od kilku lat.
Dlatego dziś potrzebujemy narzędzi, które działają szybko, a nie za kilka lat. Po pierwsze, realnej osłony kosztów energii, w tym mechanizmów ograniczających wpływ cen energii na przemysł, utrzymania obecnego poziomu bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 dla przemysłu energochłonnego i utrzymania systemu rekompensat kosztów pośrednich emisji CO2 po 2030 r. – docelowo obniżenia kosztów wytwarzania. Po drugie – zdecydowanie mocniejszej ochrony rynku: lepszego monitoringu importu, szybszych procedur reagowania i narzędzi, które pozwolą interweniować zanim dojdzie do zamykania instalacji.
Bo dziś problemem nie jest brak strategii, których mamy aż nadto – tylko tempo reakcji.
przemysł chemicznyprawoPolska Izba Przemysłu Chemicznegoenergetykawodór
Podoba Ci się ten artykuł? Udostępnij!

Oddaj swój głos
Ten artykuł nie został jeszcze oceniony.