Artykuły - Przemysł chemiczny

Szczyt klimatyczny: jakie znaczenie dla Polski?

11.12.2014
Szczyt klimatyczny: jakie znaczenie dla Polski?

Chociaż polski rząd ogłosił wielki sukces w związku z ustaleniami szczytu klimatycznego w Brukseli, to dokładne wczytanie się w treść przyjętego dokumentu raczej unieważnia tezę o sukcesie. Nie uniknęliśmy zagrożeń wynikających z coraz bardziej surowej polityki klimatycznej. Jedynym osiągnięciem, co do którego i tak występuje mnóstwo wątpliwości, jest możliwość przesunięcia w czasie grożących nam niebezpieczeństw.

Zrozumieć sens polityki klimatycznej
- To, co wydawało się niemożliwe, stało się możliwe. Przekonałam naszych partnerów, że Polska nie może ponosić kosztów bardziej ambitnej polityki klimatycznej. Moim marzeniem jest to, aby polski przemysł wykorzystał darmowe emisje na wprowadzanie takich innowacji, aby koszt wytworzenia energii stawał się tańszy z korzyścią dla końcowego odbiorcy. Mój rząd nie zgodzi się na zapisy oznaczające dodatkowe koszty dla naszej gospodarki oraz wyższe ceny energii dla konsumentów – w taki sposób, na oficjalnej stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, premier Ewa Kopacz podsumowała wynik negocjacji, które odbywały się 23 i 24 października br. w stolicy Belgii.

Niestety ten optymizm ma bardzo mało wspólnego z faktami. Analiza dokumentu o nazwie „Konkluzje w sprawie ram polityki klimatyczno - energetycznej do roku 2030” budzi niepokój. Nasza delegacja w Brukseli niczego nie wygrała, być może opóźniła nadejście zagrożeń.

Na początek podstawowe uwagi: Polska jest członkiem Unii Europejskiej, a tym samym ma prawo i narzędzia do współdecydowania o kształcie europejskiej polityki. Polska energetyka w 90% oparta jest na węglu, a rządowe strategie rozwoju tego sektora zakładają, że do 2050 r. węgiel pozostanie naszym podstawowym surowcem energetycznym. Żywotnym interesem rodzimej gospodarki i polską racją stanu jest więc unikanie rozwiązań prawnych dyskryminujących węgiel.

Tymczasem unijna polityka wobec węgla od wielu lat cechuje się ogromną surowością, czego wyrazem pakiet klimatyczny z 2008 r. Konkluzje prowadzące do przyjęcia II pakietu klimatycznego są dla węgla jeszcze bardziej rygorystyczne. Trudno przy tym wyobrazić sobie, że UE nie wie, iż odpowiada jedynie za 11% globalnych emisji gazów cieplarnianych i w sytuacji, gdy reszta świata nie godzi się na politykę podobną do brukselskiej, to jej pojedyncze wysiłki nie mają wpływu na globalny bilans emisji. UE to wie. Wzmacniając politykę klimatyczną, kieruje się interesem ekonomicznym kilku państw. My do tego grona nie należymy. Niestety jednak Polska od wielu lat nie chce lub nie potrafi stworzyć w łonie UE koalicji państw stanowiących przeciwwagę dla interesów niemieckich (znakomicie rozwinięty segment OZE) i francuskich (silny przemysł energetyki atomowej). Być może jest to obiektywnie ponad nasze siły i trzeba przyjąć ten fakt do wiadomości.

W takim razie jednak nie warto tego ukrywać i twierdzić, że jest się w obozie, który zyskuje. Poczynione uwagi względem polskiego zachowania nie mają nic wspólnego z nawoływaniem do użycia weta, które i tak nie wpłynęłoby na istotę sprawy. Konkluzje bowiem wprowadzono by w innym trybie. Uwagi dotyczą ogólnego położenia, w jakim znajduje się Polska w odniesieniu do spraw klimatycznych.

Spoglądając zatem na problem przez pryzmat przywołanych wyjaśnień, trudno utrzymywać, że Polska jakikolwiek sukces na szczycie klimatycznym w ogóle mogła osiągnąć. Jedynym sukcesem byłoby zawrócenie UE z drogi zaostrzania prawa klimatyczno – energetycznego. Tak się nie stało. Pozostały więc starania o maksymalnie duże zabezpieczenia łagodzące wstrząs, który nas czeka. Dopiero mając zdefiniowaną sytuację w taki sposób, należy się zastanawiać nad ustaleniami szczytu z polskiego punktu widzenia.

 

Nie ma darmowych uprawnień
Nasza delegacja za swoje główne osiągnięcie uznała utrzymanie systemu darmowych pozwoleń na emisję CO2 dla sektora elektroenergetycznego na poziomie 40% do 2030 r. oraz doprowadzenie do utworzenia specjalnego funduszu rekompensującego biedniejszym krajom koszty polityki klimatycznej UE. Z tytułu takiego funduszu mielibyśmy w ocenie rządu otrzymać ok. 7,5 mld zł.

Niestety w jednym i drugim przypadku sprawa wcale nie jest tak oczywista, jak by się ją chciało widzieć.

Polskie firmy, w tym spółki chemiczne, na okres 2013 – 2019 otrzymały 404,6 mln bezpłatnych uprawnień do emisji CO2. Uprawnienia te rzecz jasna nie pokrywają całkowitych potrzeb i brakujące pozwolenia trzeba kupować na aukcjach. W 2013 r. całkowita liczba uprawnień do emisji, które zostały wystawione do sprzedaży aukcyjnej w imieniu Polski, wyniosła ponad 51 mln jednostek.

Dla porównania liczba bezpłatnych uprawnień będących w posiadaniu polskich firm w 2013 r. zamknęła się w kwocie 77,8 mln jednostek. Tymczasem na lata 2020-2029 – jest to efektem szczytu w Brukseli – Polska ma otrzymać 280 mln darmowych uprawnień. Jasno widać, że w zestawieniu z wcześniejszym okresem liczba przyznanych nam uprawnień jest o wiele niższa.

Ogromne wątpliwości budzi również kwestia nazywania tych 280 mln uprawnień mianem darmowych. Wprawdzie przyjęło się tak mówić, ale w ścisłym tego słowa znaczeniu jest to fałsz. W zamian za przydział uprawnień branża elektroenergetyczna ma bowiem obowiązek realizować inwestycje obniżające emisję CO2. Tak czy owak musi zatem ponieść koszt, który jest równoważny wartości „bezpłatnych” uprawnień. Jest rzeczą bezdyskusyjną, że nasza energetyka wymaga pilnej modernizacji. Jednak to, czy podobne nakłady byłyby ponoszone przez firmy w normalnych warunkach, czyli bez presji w postaci systemu ETS, a jedynie w oparciu o własne strategie i rachunek ekonomiczny, jest pytaniem otwartym.

7,5 mld zł – kto i jak wyliczył taką kwotę?
Rząd zapewnia o wynegocjowaniu ok. 7,5 mld zł, które Polska otrzyma na modernizację swej energetyki w latach 2021-2030. Niestety taka kwota w Konkluzjach absolutnie nie pada. Została wyliczona orientacyjnie przez naszych dyplomatów. Mechanizm pozyskiwania i wydatkowania tych środków jest jednak bardzo złożony.

Państwa UE utworzą fundusz, na który przekażą 2% swoich praw do emisji. Łączne będzie to ok. 132 mln uprawnień. Jednak finansowa wartość tych praw będzie uzależniona od ich notowań. Te zaś dzisiaj pozostają niewiadomą. Na początku listopada br. ich cena, przy stałym trendzie wzrostowym, wynosiła nieco ponad 6 euro za jedno uprawnienie. Ogłoszona przez Dom Maklerski Consus już po szczycie klimatycznym prognoza średniej wartości uprawnień w drugim półroczu 2014 r. sięgała 6,04 euro.

Przy takiej cenie dwuprocentowy fundusz modernizacyjny wart byłby dzisiaj ok. 800 mln euro (132 mln uprawnień x 6,04 euro za jedno uprawnienie). Oczywiście w kontekście funduszu mowa o notowaniach za kilka lat. Tyle tylko, że ceny uprawnień równie dobrze mogą pójść w górę, co jest intencją unijnych decydentów, jak i pozostać na niezmienionym poziomie lub nawet niższym. Ich obecne prognozowanie obarczone jest niepewnością i przypomina zgadywanie.

Matematyka pokazuje, że aby zgromadzić w funduszu 7,5 mld zł (ok. 1,8 mld euro) trzeba byłoby uzyskać cenę za jedno uprawnienie na poziomie ok. 14 euro. W efekcie przywoływanie kwoty 7,5 mld zł nie jest niczym innym, jak tylko życzeniem. A przecież 14 euro nie wystarczy, bo z tworzonego funduszu nie skorzysta wyłącznie Polska, a wszystkie państwa UE, których PKB jest niższe niż 60% średniej UE (razem z nami jest to 10 państw).

 

Potrzeba zatem zgromadzić o wiele więcej niż 1,8 mld euro, a zatem cena uprawnienia musi być wyższa niż 14 euro. Ponadto zgromadzone środki nie trafią bezpośrednio do zainteresowanych państw, ale w zarząd Europejskiego Banku Inwestycyjnego i dopiero do niego będzie można aplikować o pieniądze. W tym miejscu pojawia się jednak pytanie, na które w Konkluzjach nie ma odpowiedzi. Czy, skoro w operację zaangażowany jest bank, to mowa o dotacji, czy też możliwości zaciągnięcia w banku kredytu? Jeśli to kredyt, to nie jest to żadna forma rekompensaty.


Zakładając jednak, że kwota 7,5 mld zł miałaby okazać się prawdziwa i nie stanowić kredytu, to i tak w branży energetycznej nie robi ona żadnego wrażenia. Koszt budowy elektrowni w Opolu to 11,6 mld zł – swoją drogą to elektrownia węglowa. Nie są to zatem pieniądze, które mogłyby cokolwiek zmienić w sektorze energetycznym.

Z drugiej zaś strony pierwsze szacunki związane z kosztami, które trzeba będzie ponieść na dostosowanie Polski do kryteriów ustalonych na szczycie wskazują na kwotę 130 – 150 mld zł.

Przyjęte zapisy można dowolnie interpretować
Wszyscy eksperci zwracają uwagę na bardzo nieprecyzyjne zapisy Konkluzji. Tymczasem ich interpretacja będzie mieć dla Polski kolosalne znaczenie. Już teraz błędem naszej delegacji było dopuszczenie do sformułowania ich w niejasny sposób. Gdy niebawem staną się częścią ostatecznie przyjętego prawa muszą być jednoznaczne. Na dzisiaj jednak pytanie o to, co my właściwie podpisaliśmy jest uprawnione.

Oto bowiem istota Konkluzji dotyczy przyjęcia przez UE celu ograniczenia do 2030 r. emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 40% w porównaniu do 1990 r. Jest to zapis zrozumiały. Ale już rozwinięcie tego celu brzmi zupełnie inaczej – „wyznaczony cel zostanie zrealizowany wspólnie przez UE w sposób najbardziej racjonalny pod względem kosztów, przy redukcji emisji do 2030 r. przez sektory objęte unijnym systemem handlu uprawnieniami do emisji (ETS) i nieobjęte tym systemem wynoszącej, odpowiednio, 43% i 30% w stosunku do roku 2005”

Wprowadzenie roku 2005 umożliwia interpretację, według której wszystkie ograniczenia emisji mogą być liczone od 1990 r. lub od 2005 r. Dla Polski to gigantyczna różnica. Rok bazowy 2005 wyklucza zaliczenie nam redukcji osiągniętych po 1990 r. w wyniku transformacji ustrojowej i związanego z nią zamykania wielu zakładów przemysłowych. W przypadku państw Europy Zachodniej rok bazowy nie ma tak wielkiego znaczenia, bo tam redukcja emisji odbywa się w sposób bardziej równomierny.

To nie jedyny przykład nieostrych sformułowań. Zapisy odnoszące się do możliwych rekompensat – tak, jak w przypadku wspomnianego funduszu, którym zarządzać ma EBI – można interpretować po myśli państw biedniejszych, ale wcale nie trzeba.

Zastanawia fundamentalne dla Polski stwierdzenie „PKB w przeliczeniu na mieszkańca wynosi poniżej 60% średniej UE”. Zależy od niego, czy w ogóle jesteśmy w gronie państw mogących myśleć o rekompensatach. W Konkluzjach to wyrażenie pojawia się dwukrotnie, za każdym razem w odniesieniu do innej kwestii. Tam, gdzie mowa o „dalszym przydzielaniu bezpłatnych uprawnień sektorowi energetycznemu do 2030 r.” niestety nie wiadomo, w oparciu o jaką metodologię ma być wyliczane PKB. Istnieją dwa sposoby: wedle jednego polskie PKB jest już powyżej progu 60%, wedle drugiego wynosi 53%. Podejście pesymistyczne sprawia, że nie możemy na nic liczyć.

Na tego rodzaju pułapki trzeba zwracać uwagę natychmiast. Zmiany reguł gry doświadczyliśmy bowiem pod koniec 2013 r., gdy Rada UE zatwierdziła backloading, czyli wycofanie z rynku części uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Było to jaskrawą ingerencją w rynek handlu emisjami i miało na celu w sztuczny sposób podnieść ceny uprawnień, by firmom przestał się opłacać ich zakup.


CAŁY ARTYKUŁ ZNAJDĄ PAŃSTWO W NR 6/2014 "CHEMII I BIZNESU". ZAPRASZAMY.


Wyświetlono: 2658

Przeczytaj również

Skomentuj

Kalendarium

więcej