Artykuły - Chemia budowlana

Przemysł chemiczny w III RP: skonsolidowany i niesprywatyzowany

04.09.2014
Przemysł chemiczny w III RP: skonsolidowany i niesprywatyzowany

Ćwierćwiecze wolnej Polski jest dla rodzimej branży chemicznej czasem o wiele gorszym niż chcieliby to widzieć entuzjaści zmian po 1989 r., ale jednocześnie nieco lepszym niż przedstawiają to najzagorzalsi krytycy modelu przyjętej przez nas transformacji gospodarczej. Wprawdzie przez 25 lat nie zostało zrealizowane niemal nic z tego, co zaplanowali sobie zarządzający tą gałęzią przemysłu, to jednak paradoksalnie nie okazało się to porażką.

Ład wyłoniony z chaosu
Gdyby w 2010 r., jeszcze przed tym, jak Zakłady Azotowe w Tarnowie przejęły kędzierzyński ZAK, ktoś w branży chemicznej powiedział, że trzy lata później to Tarnów stanie się osią konsolidacji polskiej chemii, a prywatyzacja przestanie być dla niej priorytetem i w dodatku wszystko to będzie się działo pod parasolem rządu, którego premier w czasie sejmowego expose obiecywał przyspieszenie zbywania państwowego majątku, to zostałby wyśmiany. Obecny kształt branży z dominującą pozycją Grupy Azoty wydaje się być optymalny, jednak narodził się on w wyniku całego splotu niespodziewanych okoliczności, na czele z fatalną sytuacją Zakładów Chemicznych Police, które w pewnym momencie stały się dla ZAT łatwym celem przejęcia i nieplanowanym pojawieniem się w grze rosyjskiego Acronu, który wymusił politycznie konstruowaną fuzję Tarnowa z Puławami. Także w stosunku do ZAK jeszcze w 2008 r. zapowiadano prywatyzację przez giełdę, a firma miała już złożony w KNF prospekt emisyjny.

Jeszcze w trzecim roku swoich rządów Platforma Obywatelska – na konto której trzeba zapisać sukces w postaci zbudowania Grupy Azoty – optowała przecież za koncepcją prywatyzacji w oparciu o dwie grupy firm, dla których poszukiwany był inwestor branżowy. Pierwszą – w stosunku do której memoranda potwierdzające przynajmniej wstępne zainteresowanie zakupem odebrało od MSP kilkanaście podmiotów – tworzyły Azoty Tarnów, Ciech i ZAK. Sprzedaż trzech spółek jednemu inwestorowi, a potem ich konsolidacja miała mieć uzasadnienie ekonomiczne i dawać efekt synergii i skali działalności. Jak wiadomo Ciech przy budowie Grupy Azoty nie był w ogóle brany pod uwagę.

ZA Puławy i ZCh Police włączono do drugiej grupy i przekonywano, że priorytetem jest znalezienie dla niej jednego inwestora. Niedługo potem akcje Polic przejęła jednak firma z Tarnowa.

Z nadzieją zerkano też w stronę zaopatrujących przemysł chemiczny w surowce koncernów PKN Orlen i PGNiG, jedynych jak się wydawało polskich firm, które byłyby w stanie organizacyjnie i finansowo podołać zakupowi wymienianych przedsiębiorstw. Pomimo powiązań i możliwych synergii także ten pomysł nie wypalił. Przy konsolidacji branży rozpatrywany był nawet Anwil. Aleksander Grad, szef resortu skarbu państwa w 2009 r., odpowiadając w sejmie na pytanie, czy jednoznacznie wykluczona jest rola Anwilu jako konsolidatora polskiej chemii poinformował, że planowana przez MSP prywatyzacja Ciechu, ZAT i ZAK nie wyklucza w przyszłości zastosowania takiego wariantu.

W opublikowanym przez rząd w marcu 2012 r. „Planie Prywatyzacji na lata 2012 – 2013” w kontekście przemysłu chemicznego czytamy, że „w przypadku większości spółek tego sektora procesy prywatyzacji zostały wszczęte w poprzednich latach.

W Planie Prywatyzacji zakłada się kontynuowanie prywatyzacji spółek sektora, jak również jej rozpoczęcie w pozostałych podmiotach. Zbywanie kolejnych pakietów akcji spółek notowanych na GPW, takich jak: Ciech SA, Zakłady Azotowe Puławy SA, Zakłady Chemiczne Police SA czy Zakłady Azotowe w Tarnowie Mościcach SA, uzależnione będzie od sytuacji na rynku kapitałowym”. Dzisiaj minister skarbu państwa wyklucza pozbywanie się akcji Grupy Azoty, co oznacza, że tworzące ją spółki pozostaną jednak własnością państwową.

Spoglądając więc na aktualny kształt krajowego przemysłu chemicznego i jego ewolucję w ostatnich 25 latach (pod uwagę bierzemy tylko spółki tzw. Wielkiej Syntezy Chemicznej oraz Ciech), wyraźnie widać, że scenariusza, który się ostatecznie zrealizował nikt nie pisał. Z jednej strony to dobrze, bo umiano elastycznie reagować na zmieniającą się sytuację. Z drugiej strony źle, bo brak planów lub nieumiejętność realizowania tych istniejących nie może być rozpatrywane jako zaleta.

Prof. Jerzy Hausner, ekonomista, członek Rady Polityki Pieniężnej oraz były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Marka Belki sformułował diagnozę, w której przekonuje, że nie istnieje obecnie w Polsce ośrodek suwerennej myśli strategicznej. W konsekwencji decyzje na wszystkich szczeblach władzy, od premiera po wójta w gminie, podejmowane są głównie na podstawie intuicji i wynikają z bieżącej gry interesów. Mają charakter reaktywny, a nie proaktywny, czyli wynikają z reakcji na aktualną sytuację i rzadko odnoszą się do foresightu - analizy możliwych wariantów rozwoju przyszłości. Tymczasem to właśnie przyszłość jest źródłem największych wyzwań dla Polski, a potencjał rozwojowy gospodarki wyczerpuje się.

Jest to także bardzo trafny opis tego wszystkiego z czym mieliśmy do czynienia w rodzimej branży chemicznej w ostatnim ćwierćwieczu. Strategii jego rozwoju było bardzo wiele, ale ich cechą wspólną było to, że żadna z nich nie została zrealizowana.

 

 

 

Co się udało, a co nie?
Podsumowanie, w jaki sposób polskie przemiany gospodarcze, których ćwierćwiecze właśnie obchodzimy, odbiły się na przemyśle chemicznym jest zadaniem skomplikowanym i nie zależy tylko od polityczno – społecznej oceny analizowanego okresu, ale też tła, do którego sytuację w chemii chcemy porównać.

Na pewno trzeba podkreślić, że chemia uniknęła najbardziej jaskrawych patologii związanych z budową nowego ładu ekonomicznego nad Wisłą. Nie podzieliła losu kopalń lub stoczni, które to w większości zostały po 1989 r. zlikwidowane. Gdyby tak było, to sytuacja gospodarcza naszego kraju byłaby fatalna, bo przecież 70% wyrobów przemysłu chemicznego trafia do innych działów gospodarki. Chemia, jak żadna inna składowa przemysłu, pracuje na rzecz innych. Nie stała się też na początku lat 90., choć kilka razy była tego całkiem blisko, łupem postkomunistycznej nomenklatury, która uwłaszczyła się na wyniesionym z PRL majątku narodowym. Przemysł chemiczny wciąż w Polsce istnieje i jest częścią europejskiego rynku, a największe zagrożenia, które obecnie na niego czyhają mają źródło w unijnej polityce klimatyczno – energetycznej, której Polska bezpośrednio nie tworzy. To napawa optymizmem, bo pokazuje, iż po 1989 r. na tyle udało się branżę przeobrazić, że jej pomyślność zależy już od tych samych czynników, które determinują sukces reszty jej międzynarodowej konkurencji. Gdyby miała się zdarzyć sytuacja, w której w przyszłości jakaś część produkcji chemicznej zniknęłaby znad Wisły, to najpewniej byłoby to następstwem regulacji płynących z Brukseli, a nie błędów miejscowych menadżerów i polityków zarządzających tym przemysłem. Fundamenty wzrostu zostały zbudowane i to cieszy. Teraz trzeba je rozwijać.

Z drugiej strony, gdy spojrzy się na losy branży w ostatnim ćwierćwieczu, to niestety nie sposób uciec od niemiłego wrażenia, że większość swego wysiłku włożyła ona w to, by się do międzynarodowej konkurencji w ogóle przystosować, a nie w to, by próbować nadawać jej ton. Mówiąc obrazowo: starała się raczej dotrzeć na start, a nie myśleć o tym, by jak najszybciej przybiec do mety. Najmocniej unaocznia to analiza podejmowanej od początku lat 90. restrukturyzacji i prywatyzacji.

Grupa Azoty, nazywana dzisiaj narodowym czempionem i mająca uchodzić za dumę całego przemysłu, wciąż jest jeszcze budowana i najprawdopodobniej w przyszłości będzie musiała wciąż uważać, by nie stać się celem przejęcia ze strony rosyjskiego Acronu. Przez ponad dwie dekady tworzące ją podmioty przeżywały wzloty i upadki. Bywało tak choćby w przypadku Polic, Tarnowa czy Kędzierzyna, iż niewiele brakowało, aby po prostu zbankrutowały. W wielu momentach niestety bardziej niż tworzenie dodatkowej wartości liczyło się przetrwanie.

Także, gdy patrzy się na dokonania branży w odrodzonej Polsce przez pryzmat historyczny, to jest to dla niej porównanie w wielu wymiarach surowe. II Rzeczpospolita, choć powstała z ziem należących przez ponad sto lat do trzech zaborów posługujących się odmienną walutą i innym sposobem gospodarowania oraz trwała ledwie 21 lat, w tym w okresie gigantycznego światowego kryzysu, to potrafiła od podstaw zbudować innowacyjny jak na swoje czasy i liczący się w Europie przemysł chemiczny. Jego sercem była Państwowa Fabryka Związków Azotowych (późniejsze Zakłady Azotowe w Tarnowie) oraz zapomniana dzisiaj Spółka Akcyjna Przemysł Chemiczny Boruta w Zgierzu.

Po wojnie, Polska Ludowa choć w każdym wymiarze podlegała wrogiemu mocarstwu i funkcjonowała w oparciu o skrajnie niewydolny system gospodarczy, stworzyła zakłady, bez których trudno sobie dzisiaj wyobrazić chemię między Odrą a Bugiem.

W III RP tymczasem żadnego w pełni nowego przedsięwzięcia chemicznego (nie licząc zakładów Basell Orlen Polyolefins w Płocku, które jednak i tak powstały przy zaangażowaniu kapitału zagranicznego) powołać się nie udało. Za największe zaś osiągnięcie może uchodzić fakt, że przemysł chemiczny po na razie wygrywanej walce z Acronem wciąż jest w polskich rękach. Oczywiście trzeba docenić fakt, że firmy poniosły ogromne wydatki finansowe na prace odtworzeniowe oraz musiały przeprowadzić szereg inwestycji prośrodowiskowych, bez których ich funkcjonowanie w UE byłoby niemożliwe.

Nie zmienia to jednak faktu, że branża wciąż nie zaspokaja wewnętrznego popytu na oferowane przez siebie wyroby. Importujemy obecnie znaczne ilości produktów chemicznych, a saldo bilansu handlowego jest ujemne i wynosi ponad 16,7 mld zł (chemikalia organiczne i tworzywa sztuczne w formach podstawowych). Także Grupa Azoty z przychodami ze sprzedaży za 2013 r. w wysokości 9,8 mld zł znajduje się wyraźnie z tyłu za czołowymi europejskimi spółkami chemicznymi, m.in. francuską Arkemą (6,1 mld euro sprzedaży w ubiegłym roku), belgijskim Solvayem (9,9 mld euro) czy niemieckim Evonikiem (12,7 mld euro).

Dopiero wspólny projekt, do którego przymierzają się Grupa Azoty i Grupa Lotos, łączący krajowy przemysł rafineryjny i chemiczny, stanowić będzie (jeśli dojdzie do skutku) wizytówkę rozwoju przemysłu chemicznego w III RP. W porównaniu z samym utworzeniem Grupy Azoty – najważniejszym jak do tej pory wydarzeniem w branży po 1989 r. – wniesie on do niej wartość dodaną.

Samo istnienie Grupy Azoty, pomimo wielu synergii wynikających z jej utworzenia, oznacza bowiem głównie połączenie już wcześniej istniejącego w kraju potencjału. Projekt, o którym mowa mógłby być natomiast ewidentnym krokiem naprzód. Rafinerie dysponują nadwyżką lekkich frakcji, pochodzących z przerobu ropy naftowej, m.in. benzyną surową i LPG, które stanowią idealny surowiec do produkcji petrochemicznej. Na integracji bazy surowcowej Grupy Lotos i Grupy Azoty zarobiłaby więc cała krajowa gospodarka, a spółki włączając do swojego portfolio nowe wysokomarżowe produkty, zyskałyby okazję do zdywersyfikowania produkcji i źródeł przychodów. W tej chwili są to realniejsze korzyści niż te wynikające z przewag związanych z gazem łupkowym.

 

 

 

Po przełomie roku 1989 na opak
Wszelki postęp dokonujący się w rodzimym przemyśle chemicznym determinowany był w ostatnim ćwierćwieczu przez toczące się w nim przekształcenia własnościowe. Z ery socjalizmu wyszedł on zarządzany przez powstałe jeszcze w 1971 r. Zjednoczenie Petrochemia, będące państwowym organem powołanym do kierowania tą gałęzią przemysłu. Zgrupowanych w nim było 28 największych zakładów przemysłu rafineryjnego, petrochemicznego, azotowego i chemicznego. W 1991 r. Zjednoczenie rozwiązano, a wchodzące w jego skład przedsiębiorstwa rozpoczęły samodzielną działalność, stając się niedługo potem jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa. Przez długie lata struktura branży stanowiła dziedzictwo poprzedniego ustroju i nie odpowiadała aktualnym wyzwaniom.

Nastąpiło faktyczne rozdrobnienie rynku przyprawiające o ból głowy kolejnych ministrów odpowiedzialnych za ten obszar. Co gorsza jednak, był to proces przeciwny tendencjom, które zagościły wtedy w europejskiej chemii. Już na początku lat 90. w ówczesnej UE ledwie 8% firm chemicznych generowało obroty o wartości produkcji przekraczającej 80% ogólnej wartości dla całej Unii. Było to odbiciem szybko następującej konsolidacji i koncentracji produkcji, a także globalizacji firm i rynków chemikaliów. Trendem stał się m.in. transfer technologii oraz kapitału w kierunku rynków wschodzących, dysponujących źródłami taniego surowca i siły roboczej. Zgadzano się, że podstawowe znaczenie dla przetrwania w takich warunkach ma wielkość firm. Podmioty o sprzedaży wartej 1-2 mld dol. rocznie postrzegano jako zbyt małe, by mogły konkurować z wielkimi graczami. Tymczasem w Polsce takiej sprzedaży nie spełniała żadna z firm uchodzących wtedy za branżowego potentata.

Jeszcze w 2002 r. spośród sześciu podmiotów WSCh, objętych programem restrukturyzacji, tylko ZCh Police i ZA Puławy osiągały roczne przychody powyżej 1 mld zł, trzy kolejne (ZA Kędzierzyn, ZA Tarnów i ZCh Zachem) przychody nieco poniżej 1 mld zł, a najmniejszy z nich, czyli ZCh Organika-Sarzyna, generowały sprzedaż rzędu ok. 300 mln zł. Wszystkie one w zestawieniu z zagranicznymi odpowiednikami miały zbyt niskie zdolności produkcyjne, a potencjał wytwórczy, ze względu na przestarzałe technologie, nie dorównywał konkurencji.

Po okresie komunizmu oznaczającego skonsolidowanie branży nastąpiło więc – jakby dla podkreślenia, że teraz koniecznie musi być inaczej – jej rozczłonkowanie. Posprzątanie tego "bałaganu" trwało ponad dwie dekady, a unosił się nad nim polityczny cień. Częste zmiany zarządów w nadzorowanych przez MSP zakładach skutkowały wielością koncepcji ich rozwoju i nie sprzyjały budowaniu wartości poprzez realizację nowych inwestycji. Żadnej ze spółek WSCh nie udało się też w pełni zrealizować planów restrukturyzacji majątku, w których głównymi celami była sprzedaż akcji i udziałów w spółkach zależnych oraz zbycie zbędnych gruntów, niewykorzystywanych w działalności produkcyjnej.

Ciech chciał być pierwszy
Fundamentalnym aspektem wszelkich planów prywatyzacyjnych miało być poddanie temu procesowi całego podsektora nawozowego oraz grupy podmiotów składających się na Wielką Syntezę Chemiczną.

Pierwszą próbę konsolidacji branży podjął Ciech, który w III RP wkroczył jako centrala handlu zagranicznego. Firma zaczynała jednak tracić monopol na handel z rafineriami przerabiającymi ropę naftową. W 1992 r. na ogólną ilość przerobionej ropy wynoszącą ponad 12,5 mln ton Ciech sprowadził ok. 11,8 mln ton, ale już w 1994 r. tylko 4 mln ton w stosunku do przerobu równego 13 mln ton. Gdy rok później z jego usług zrezygnowała Rafineria Gdańska i Petrochemia Płock, eliminowało to firmę z rynku i oznaczało konieczność szukania na nim nowego miejsca. Mimo tych niedogodności ówczesna pozycja rynkowa spółki oraz posiadane przez nią zasoby czyniły z niej podmiot predestynowany do stania się głównym rozgrywającym w polskiej chemii.

Do 2000 r. udało mu się skupić w jedchemikaliów: Vitrosilicon, Gdańskie Fosfory, Sodę Mątwy, Janikosodę, Borutę Kolor, Petrochemię-Blachownię, Agrochem Dobre Miasto oraz Alwernię. Dzięki temu zamienił się z dystrybutora w producenta. W 2001 r. Skarb Państwa przyznał mu wyłączność negocjacyjną na zakup co najmniej 10% akcji Zakładów Azotowych w Kędzierzynie. Do transakcji nie doszło, ale jasno widać, że przez lata Ciech próbował odgrywać rolę konsolidatora.

Tyle tylko, że próżno w jego staraniach upatrywać sukcesu dla branży. Można się wręcz pokusić o tezę, że gdyby historia rodzimego przemysłu chemicznego po 1989 r. wyglądała tak, jak historia Grupy Ciech, to ten tekst byłby mową pogrzebową wygłaszaną nad grobem całej branży.

Stał się bowiem Ciech obiektem politycznych wpływów, a w jego losach odbijały się patologie gospodarcze pierwszych lat III RP. Od początku lat 90. nazwa firmy pojawiała się w związku z kilkoma dużymi aferami, z paliwową na czele, a także niejasnymi powiązaniami finansowymi, czego oznaką tworzenie firm, które za pieniądze tej spółki miały prywatyzować przemysł chemiczny bez jakiejkolwiek późniejszej korzyści dla samego Ciechu.

Drugą próbę rozdania kart w branży podjął Ciech już za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości (2005 – 2007), które to w oparciu o tę firmę planowało przebudować sektor chemiczny. To wtedy spółka nabyła dwie firmy Wielkiej Syntezy Chemicznej (Organika- Sarzyna i Zachem), co było pierwszym po 1989 r. przypadkiem zmiany właścicielskiej w odniesieniu do WSCh. Wraz z przejęciem Sodawerk Stassfurt, czyli niemieckiego producenta sody, potencjał Grupy Ciech zwiększył się niemal dwukrotnie. Na liście kolejnych celów akwizycyjnych były także ZA Puławy, Anwil, ZCh Police oraz ZA w Tarnowie-Mościcach.

Nic z tego zrealizowane nie zostało i to nie tylko dlatego, że firma zwyczajnie przeinwestowała i stanąwszy w obliczu kolosalnego zadłużenia powodowanego dodatkowo stratami na opcjach walutowych zamiast kupować i konsolidować zmuszona była sprzedawać i się restrukturyzować. Równie ważnym powodem przesądzającym o jej niepowodzeniu była polityka.

 

 

 

Przejmując w 2007 r. władzę, Platforma Obywatelska ustami wiceministra skarbu państwa Krzysztofa Żuka, natychmiast dała do zrozumienia, że nie widzi w Ciechu ośrodka konsolidacji sektora chemicznego w Polsce, choć sama firma zdecydowała się jeszcze wtedy na zakup oferowanych na GPW akcji ZA Tarnów w liczbie 6,5%, co miało umocnić jej pozycję w kontekście zapowiadanej przez MSP na 2009 r. dalszej prywatyzacji ZA Tarnów. Ciech zastrzegał wówczas, że planuje nabycie większościowego pakietu akcji małopolskiej spółki. Przejęcie kontroli nad ZA Tarnów miało mu pozwolić uzyskać ok. 10% udział w polskim rynku nawozów. Nie tylko segment sodowy, ale też nawozowy znajdował się swego czasu w obszarze zainteresowania Ciechu.

Jest w historii Ciechu jeszcze jedna rzecz, która powinna stanowić źródło nauki dla zarządzających branżą chemiczną. Przy uwzględnieniu wszelkich naturalnych różnic historia tej grupy kapitałowej o kilka lat poprzedza bowiem dotychczasową historię będącą udziałem Grupy Azoty. Przyjmując w 2007 r. swoją strategię, Ciech zapowiadał budowę koncernu opartego na czterech filarach: segmencie sodowym, agro, organicznym oraz krzemianów i szkła. W momencie, gdy firma wpadła w finansowe tarapaty i
wiadomo było, że z wielkomocarstwowych ambicji nic nie wyjdzie tłumaczono, że połączenie czterech niepasujących do siebie składowych, musiało skończyć się klęską.

Warto więc zaznaczyć, że dzisiaj – także przy wsparciu politycznym – również powstał podmiot łączący cztery rynkowe obszary. Grupa Azoty to przecież nawozy, tworzywa sztuczne, alkohole oxo i biel tytanowa.

Oby więc tym razem historia potoczyła się inaczej, bo zamiast odgrywania roli konsolidatora uszczuplony Ciech został sprzedany firmie KI Chemistry. Należy ona wprawdzie do grupy Kulczyk Investments, ale trudno ją uznać za inwestora branżowego.

Nafta Polska, czyli dużo pomysłów, mało efektów
Najdłuższy rozdział w temacie przekształceń branży chemicznej napisała Nafta Polska SA. Spółka powstała w 1996 r. w celu realizacji programu restrukturyzacji i prywatyzacji sektora naftowego i z tego zadania wywiązała się akurat poprawnie. W 2001 r. MSP włączyło ją zatem w przygotowanie strategii restrukturyzacji i prywatyzacji dla sektora WSCh, a następnie jej realizacji. Wybrało ją chwilę po nieudanej próbie prywatyzacji ZA Kędzierzyn, ZA Tarnów, ZA Puławy i ZCh Police. Ministerstwo prowadziło wówczas niezależne od siebie procesy znalezienia inwestora. Rynkowa dekoniunktura oraz zła sytuacja finansowa wymienionych spółek sprawiły, że chętnych do prywatyzacji nie było.

Już jednak sam fakt, że choć o konieczności restrukturyzacji i prywatyzacji branży chemicznej mówiło się od początku lat 90., to dopiero w 2002 r., w ramach polityki przemysłowej powstał zaakceptowany przez rząd program rozwoju tej gałęzi gospodarki, obrazuje skalę zaniechań w odniesieniu do przemysłu chemicznego.

Cała dekada lat 90. przebiegła pod znakiem pozorowanej prywatyzacji, co – jak wytknęła po latach w jednym ze swoich raportów Najwyższa Izba Kontroli – dobrze było widać na przykładzie prób restrukturyzacji zakładów nawozowych. Powstawały spółki – córki prowadzące działalność pomocniczą, które były gospodarczo całkowicie uzależnione od spółki – matki. W konsekwencji jakakolwiek restrukturyzacja zatrudnienia nie była możliwa, gdyż pracownicy wykonywali te same zadania, tyle że pod inną firmą. Brakowało także zmian w strefie produkcyjnej zmierzających w kierunku produktów bardziej rentownych i perspektywicznych.

W takich realiach w lipcu 2002 r. MSP powierzyło Nafcie Polskiej wykonywanie praw z akcji pięciu spółek WSCh (w stosunku do Zachemu nastąpiło to w czerwcu 2003 r., po jego komercjalizacji). W 2005 r. do NP SA wniesione zostały 80% pakiety akcji ZAK, ZAT, Organiki – Sarzyny i Zachemu. Police i Puławy w 2005 r. zostały w drodze oferty publicznej sprywatyzowane.

Już sama koncepcja stworzenia dodatkowego organizmu działającego na styku ministerstwa i przemysłu, jakim była Nafta Polska, budzić mogła zastrzeżenia. Być może, gdyby z sukcesem zrealizowała ona postawione przed sobą zadanie, to dzisiaj pytania o celowość jej powołania nie warto byłoby stawiać. Stało się jednak inaczej i po latach NP obwiniać można nie tylko o nieudolne wywiązywanie się ze zleconych sobie prac, ale też złe gospodarowanie publicznymi pieniędzmi. NIK wytknął Nafcie Polskiej, że pomimo, iż realizacja programu prywatyzacji sektora WSCh była przewidziana w jej statucie i regulaminie organizacyjnym, to niemalże wszystkie zadania w tym zakresie były zlecane na podstawie umów firmom doradczym. Co więcej, w trakcie realizacji planów pojawiały się permanentne opóźnienia, które były stałą cechą działań podejmowanych przez NP.


CAŁY ARTYKUŁ ZNAJDĄ PAŃSTWO W NR 4/2014 "CHEMII I BIZNESU". ZAPRASZAMY.


Wyświetlono: 4531

Przeczytaj również

Skomentuj

Kalendarium

więcej