Artykuły - Tworzywa sztuczne

Dlaczego Polska nie produkuje wtryskarek?

28.07.2014
Dlaczego Polska nie produkuje wtryskarek?

Trudno przejść obojętnie nad faktem, że w Polsce, w której produkcja wyrobów z tworzyw ma się znakomicie, istnieje dostęp do odpowiedniej wiedzy inżynieryjnej oraz zapisana została interesująca historia własnej wytwórczości, nie ma dzisiaj dużego producenta wtryskarek, stanowiących przecież podstawę przetwórstwa polimerów. Pokazuje to niestety, że polski przemysł tworzyw sztucznych, oprócz niewątpliwego potencjału, ma także wiele cech peryferyjności.

Brak polskich wtryskarek – czy to problem?
Gdy w trakcie ubiegłorocznych targów K w Dusseldorfie spytaliśmy szefa polskiego oddziału firmy Arburg, czyli jednego z absolutnych liderów światowego rynku maszyn do przetwórstwa tworzyw sztucznych, dlaczego jego zdaniem nie istnieje w Polsce żaden producent wtryskarek, to jego pierwszą reakcją było nieukrywane zdziwienie, że w ogóle takie pytanie zostało postawione. W odpowiedzi dał natomiast do zrozumienia, że jest to kwestia dla polskiego przemysłu przetwórczego bez znaczenia i należy ją zakwalifikować raczej do kategorii medialnych rozważań, a nie tematów dla branży istotnych. Od polskich partnerów firmy KraussMaffei, czyli innego niemieckiego potentata w branży, usłyszeliśmy z kolei pytanie o powody, dla których w sytuacji istnienia kilkunastu zagranicznych dostawców omawianych maszyn ktokolwiek miałby jeszcze w naszym kraju produkcję wtryskarek wdrażać? Tu także dominowało poszukiwanie sensu w odniesieniu do samego pytania.

Czy takie reakcje oznaczają zatem, że tematu nie ma? Nic podobnego.

Przede wszystkim nie w sytuacji, w której do Polski każdego roku importowane są maszyny do przetwórstwa tworzyw sztucznych i kauczuku o wartości ok. 1,3 mld zł. Oczywiście cała ta kwota nie przypada jedynie na wtryskarki (niestety innej kategorii GUS nie prowadzi), ale też wtryskarki są maszynami w procesie przetwórstwa polimerów najważniejszymi i najdroższymi. Bez nich niemożliwa byłaby m.in. produkcja opakowań, detali samochodowych i setek innych elementów z tworzyw sztucznych. To, iż całe zapotrzebowanie na tego rodzaju maszyny zaspakajane jest importem ma wpływ choćby na saldo obrotów Polski w handlu międzynarodowym.

Jeśli ponadto zauważymy, że posiadamy nad Wisłą dobrze rozwinięty i stale rosnący segment przetwórczy, który zapewnia istnienie dużego rynku zbytu dla wtryskarek, to brak rodzimego producenta tym bardziej może dziwić. Co więcej nawet obecnie w parkach maszynowych lokalnych przetwórców zainstalowanych jest kilka tysięcy maszyn wyprodukowanych nad Wisłą. Nie są to zatem urządzenia dla krajowych przetwórców anonimowe. Tyle tylko, że powstały dawno temu i powoli zbliżają się do końca okresu eksploatacji. Na to zaś, by miało być ich więcej nie zanosi się.

Ponar Żywiec – wspomnień czar
Podchodząc do prezentowanego w tekście zagadnienia w sposób bardzo formalny, można naturalnie stwierdzić, że wciąż działa przecież firma Ponar Żywiec, więc mówienie o braku polskiego producenta wtryskarek jest nieporozumieniem. Owszem spółka ze Śląska funkcjonuje, ale ze swoją świetnością sprzed kilku dekad nie ma już nic wspólnego i jeśli produkuje nowe wtryskarki – główną oś jej aktywności wypełniają obecnie prasy do tworzyw sztucznych – to tylko na specjalne zamówienie, a przez to w śladowych ilościach. Choć w ostatnich tygodniach pojawiły się pewne pogłoski, że firma posiada nowy plan biznesowy i rozważa powrót do regularnej produkcji przywoływanych maszyn, to przede wszystkim faktem jest, że w grudniu 2013 r. odbyła się ogłoszona przez komornika sądowego przy Sądzie Rejonowym w Żywcu licytacja nieruchomości oraz własności budowli i budynków w Żywcu, obejmującej zakład przemysłowy Ponar (hala produkcyjna, budynek socjalno – biurowy, galwanizernia, portiernia, magazyn chemiczny, wiata-baza olejowa, rozdzielnia narzędziownia), gdzie użytkownikiem wieczystym jest m.in. Ponar. W obwieszczeniu komorniczym nieruchomość oszacowano na kwotę 19,6 mln zł, ale licytacja nie zakończyła się sukcesem, gdyż brakowało chętnych.

 

Żadną miarą zatem nie można spółki z Żywca uznawać za pełnoprawnego uczestnika europejskiego, czy choćby tylko polskiego, rynku maszyn wtryskowych. Jej wypadnięcie z rynku jest tym większe, że w całej swojej historii Fabryka Wtryskarek Ponar Żywiec wyprodukowała ponad 17 tys. jednostek z doskonale znaną rodziną Monomat i Formoplast na czele, a w czasach największej chwały, czyli w latach 70. i 80. ubiegłego wieku sprzedawała 700 – 1000 maszyn rocznie. Była jednym z trzech przedsiębiorstw w ramach RWPG (chodzi o organizację międzynarodową dawnych krajów socjalistycznych koordynującą procesy ich integracji gospodarczej) wyznaczonych do produkcji wspomnianych maszyn i ich lokowania w państwach bloku wschodniego.

W efekcie Ponar Żywiec sprzedawał wtryskarki do Związku Sowieckiego, pozostałych europejskich demoludów, a także do Egiptu i innych państw arabskich.

– Początek produkcji wtryskarek w tej firmie datowany jest na 1968 r., gdy zakupiono licencję na ich wytwarzanie od przedsiębiorstwa Eckert&Ziegler z Niemiec. Następnie kontynuowano produkcję w oparciu o własny ośrodek badawczo – rozwojowy oraz pozyskiwano kolejne licencje. Żywieckie maszyny były w tamtym czasie absolutnie rewelacyjne i stanowiły odpowiedź na dominację przemysłu chemicznego nad przemysłem maszynowym. Niestety w nowych warunkach firmie już tak dobrze się nie wiodło – tłumaczy Henryk Zawistowski, wieloletni wykładowca akademicki i autor książek z dziedziny przetwórstwa tworzyw sztucznych.

Przyczyny klęski
Spróbowaliśmy zatem przyjrzeć się nie tylko historii największego polskiego producenta maszyn do przetwórstwa tworzyw sztucznych metodą wtryskową, ale też poszukać
odpowiedzi na pytanie, dlaczego musiał on ustąpić pola międzynarodowej konkurencji. Odważnie w tej kwestii wypowiada się Zenon Narojek, prezes spółki Wadim Plast, która jest dystrybutorem m.in. niemieckich wtryskarek Dr Boy.

– Dlaczego nie produkujemy wtryskarek? A dlaczego nie produkujemy samochodów? Aby szczerze odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym narazić się wielu osobom. Na pewno jednak obcy kapitał spenetrował nasz rynek i zagraniczne przedsiębiorstwa zdobyły na nim pozycję dominującą, w związku z czym lokalna wytwórczość musiała skapitulować. Zdecydował o tym nie tylko model transformacji gospodarczej, który wiele dziedzin przemysłowych w kraju zniszczył, ale również działania zagranicznych przedsiębiorstw, które rożnymi metodami zdobywały nasz rynek. Była także kwestia mentalności rodzimych klientów. 20 lat temu za cenę maszyny polskiej można było dostać bardzo dobrą wtryskarkę zachodnią. Łatwo było spotkać przetwórców, którzy wręcz zachłysnęli się modą na technologie zachodnie i dochodzili do wniosku, że bardziej prestiżowo będzie mieć maszynę zagraniczną – komentuje Zenon Narojek.

Szerzej o kulisach związanych z przekształceniami sprzed kilkunastu lat firmy z Żywca wypowiadają się jej dawni pracownicy, którzy zechcieli z nami porozmawiać anonimowo. Szefostwo firmy odmówiło natomiast jakichkolwiek komentarzy i to zarówno w odniesieniu do obecnej sytuacji spółki, jak również jej przeszłości.

W zgodnej opinii smutny los żywieckiego producenta był jak najbardziej do uniknięcia. Wprawdzie gdy pod koniec lat 80. rynek się załamał i spółka zaczęła wytwarzać mniejszą liczbę maszyn, przestając być bezkonkurencyjną, to w istocie jednak stała się ofiarą przyjętego przez Polskę modelu transformacji. O jej faktycznym upadku nie zdecydowały wyłącznie czynniki finansowe związane z kurczącym się rynkiem wschodnim lub też np. ryzyko oferowania technologii gorszej jakości. Inżynieryjnie nawet w latach 90. przedsiębiorstwo dawało sobie radę i ulepszało maszyny. Gdy w drugiej połowie lat 90. ważyły się jego losy powstał nawet nowy typoszereg maszyn Ultra Tech. Obecnie te wtryskarki mają już prawie 20 lat i wciąż w Polsce pracują, bo poziomem nie ustępowały zachodnim, a ich ceny były bardzo korzystne. Na wtórnym rynku w dalszym ciągu spotkać można zainteresowanych ich odkupieniem.

 

– Ponar Żywiec upadł, gdyż jednym z wyróżników tzw. planu Balcerowicza z początku lat 90. była kwestia przewartościowania kredytów. Niewielkie kredyty, które spółka zaciągnęła nagle urosły do tak niebotycznych rozmiarów, że nie była w stanie poradzić sobie z ich spłatą. Wzrost zadłużenia następował z dnia na dzień i odczuwały go wszystkie firmy oraz zwykli ludzie. W efekcie spółkę przejęły banki, a one nie są dobrymi właścicielami zakładów przemysłowych. Zamiast myśleć o ich rozwoju, skupiają się na błyskawicznym odzyskaniu długów. Osobną sprawą, która nie przysłużyła się firmie była rola tzw. doradców z Europy Zachodniej, którzy na początku transformacji wizytowali polskie przedsiębiorstwa, teoretycznie w celu ich uzdrowienia. Ci doradcy byli jednak bardziej wywiadowcami gospodarczymi dla firm zachodnich niż realnymi pomocnikami. Dysponowali dostępem do wszelkiej dokumentacji, zyskiwali wiedzę o technologiach, klientach, finansach, więc było wiadomo, że ich działalność dobrze się dla nas skończyć nie mogła. Gdyby faktycznie chciano wtedy uzdrowić Ponar Żywiec, to można było dokonać jego fuzji z jakąś zachodnią spółką. W takiej konfiguracji obroniłby się, bo wciąż posiadał rynek zbytu w Polsce. Ale gdyby przyjęto takie rozwiązanie, to firmom z Zachodu trudniej byłoby opanować polski rynek. Własnego kapitału niestety nie mieliśmy, a cała rzecz przy produkcji wtryskarek sprowadza się do tego, że cykl od chwili kupna drogich komponentów do momentu sprzedaży gotowej maszyny jest bardzo długi, więc konieczne było znalezienie inwestora, by w najtrudniejszym dla siebie okresie firma zachowywała płynność finansową. Niestety brakowało wówczas w Polsce dobrego gospodarza i wiele firm upadło z przyczyn innych niż prawa ekonomiczne. W konsekwencji doszło do paradoksu, że nie istnieją już polscy producenci wtryskarek, natomiast odbiorcy tego rodzaju maszyn mają się świetnie, ale zaopatrują się w nie zagranicą. To jest powód, dla którego tak bardzo szkoda tej firmy, bo jest ona częścią historii całego polskiego przemysłu – wspomina jeden z byłych pracowników firmy, z którym rozmawialiśmy.

W podobnym tonie o spółce wypowiada się Henryk Zoń, wiceprezes firmy Ponarplast, która sprzedaje w naszym kraju maszyny z Azji i także ma siedzibę w Żywcu oraz jest tworzona przez osoby mające swoje korzenie w Ponarze.

– W ostatnich kilkunastu latach na rynku pojawiło się wielu producentów i sprzedawców, co sprawiło, że dla Ponaru nie starczyło miejsca. Dzisiaj azjatyckie maszyny są dużo tańsze, a ich poziom jest porównywalny z tym, co mógłby zaproponować Ponar. Jednak jeszcze w latach 90. i na początku XXI w. wtryskarki z Żywca wytrzymywały jakościową konkurencję z urządzeniami branżowych potentatów w postaci Arburga lub KraussMaffei, zaś chińskich maszyn w porównaniu ze stanem obecnym było jeszcze bardzo mało. Ten okres firma niestety zmarnowała. Już wtedy kierowała sprzedaż wyłącznie na rynek krajowy, a ponieważ były to niewystarczające ilości, to szybko stała się niekonkurencyjna. W dodatku zmienił się jej status i trafiła w ręce prywatnego właściciela, który miał dla niej nową koncepcję rozwoju – przyznaje Henryk Zoń.

Faktycznie udział banków w prywatyzacji był na początku lat 90. ubiegłego wieku zjawiskiem nowym i jeszcze wtedy incydentalnym. Jedną z pierwszych prywatyzacji kapitałowych z udziałem takiego podmiotu było jednak nabycie w 1993 r. przez Bank Przemysłowo–Handlowy 50%+1 akcji Ponaru Żywiec. Dalsze 20% objęła wtedy firma Ultra Tech z Hong Kongu. BPH został największym wierzycielem Ponaru i przejął akcje o wartości 11 mld zł w zamian za zadłużenie, zobowiązując się ponadto do dalszej redukcji zadłużenia wobec siebie i pomocy w negocjacjach na temat rozłożenia spłaty długów Ponaru wobec innych wierzycieli. W 1999 r. akcje spółki kupiła firma WIR, ale tego samego dnia i bez zysku odsprzedała Europejskiej Korporacji Finansowej.

Potem majątek zakładu przeniesiono z Ponaru SA do założonej przez osoby związane z EKF firmy Ponar Żywiec spółka z o.o. Mniej wyrozumiałości dla losów, które stały się udziałem Ponar Żywiec mają zarządzający największymi w naszym kraju firmami dystrybuującymi wtryskarki zachodnich producentów.

 

– Pytanie o upadek firmy Ponar powinno być skierowane do osób dawniej stojących na jej czele. Upadek polskiego producenta wtryskarek ma związek z transformacją ustrojową w naszym kraju, ale nie jest jej winą. Ponar zajmował bardzo uprzywilejowaną pozycję w Polsce. Firmy miały utrudniony dostęp do dewiz, a więc nie mogły swobodnie nabywać maszyn z importu. Świadczenie usług serwisowych, dostawa części zamiennych do maszyn importowanych były ograniczone z uwagi na potrzebę dokonywania odpraw celnych. Tymczasem Ponar takich problemów nie miał. Mógł swą pozycję wykorzystać i przygotować się do funkcjonowania w nowych realiach – uważa Bogdan Zabrzewski, prezes Battenfeld Polska, oddziału znanego austriackiego wytwórcy wtryskarek.

– Ktoś w tej firmie przespał na początku lat 90. potrzebę zmian dostosowawczych do tzw. wolnego rynku. Było możliwe, aby wiodąca polska firma, jaką bez wątpienia był Ponar Żywiec, dalej mogła utrzymywać swoją silną pozycję. To od niej zależało, czy będzie chciała i umiała dokonać przeobrażeń powodujących, że jej wtryskarki wciąż cieszyłyby się atrakcyjnością. Stało się inaczej – dopowiada Jerzy Dądela, dyrektor spółki Plastigo, oferującej m.in. włoskie maszyny.

Odbudowanie pozycji niemożliwe?
W tej chwili twierdzenie, że Ponar Żywiec jest już melodią przeszłości, choć niewykluczone, że jakieś miejsce w branżowej rzeczywistości dla siebie znajdzie i to nie tylko w obszarze produkcji pras, jest w branży traktowane jako oczywistość. Czy jednak możliwe jest zaistnienie na rynku jakiegokolwiek innego polskiego producenta maszyn wtryskowych? Rzecz jasna nie zanosi się na to, ale spróbowaliśmy się dowiedzieć, czy choćby hipotetycznie jest to realne w sytuacji, gdy wszystkie rynkowe udziały zostały już zagospodarowane.

– Nie uznaję twierdzenia, że przysłowiowy tort został już ostatecznie podzielony. Dla każdego, kto zechce oferować dobrą maszynę znajdzie się miejsce, pod warunkiem, że będzie to miało uzasadnienie techniczno – ekonomiczne. Uważam, że polska myśl inżynieryjna nie miałaby dzisiaj żadnego problemu, aby sprostać zadaniu, jakim byłaby produkcja dobrej klasy wtryskarek. Jednak o rachunku ekonomicznym przedsięwzięcia decydują też warunki globalne. Nowa firma, wchodząc na rynek, miałaby poważne problemy ze swoją rozpoznawalnością i ten fakt w największej mierze rzutowałby na opłacalność takiego przedsięwzięcia – przekonuje Zenon Narojek, prezes Wadim Plast.

– Technologicznie polscy inżynierowie nie mieliby problemów, bo nasza myśl techniczna znajduje się na bardzo wysokim poziomie. Ale to jest projekt, który od samego zarania musiałby przewidywać także produkcję elementów odlewanych i konstrukcyjnych, bo cała reszta to montaż gotowych podzespołów, które produkowane są przez specjalizujące się w tym firmy. Zdecydowana większość producentów wtryskarek korzysta przecież z podzespołów dostarczanych przez specjalistyczne firmy, które na miejscu są jedynie montowane. Producent wtryskarek przypomina aktualnie montażownię podobną do tego, co znamy z przemysłu samochodowego – twierdzi Jerzy Dądela i natychmiast dopowiada, że Plastigo stale wprawdzie poszerza swoją działalność, ale na dzisiaj na pewno podjęcia własnej produkcji nawet nie rozważa.

– Zagospodarowanie naszego rynku przez taką firmę nie byłoby prostą sprawą, bo potrzebne byłyby wielkie nakłady inwestycyjne. Po drugie, aby mogła się ona utrzymać w branży, to wymagana byłaby sprzedaż w wysokości 15 – 20 maszyn miesięcznie. Tylko w takim wypadku możliwy byłby tańszy koszt zakupu koniecznych do produkcji wtryskarek podzespołów, normaliów, części hydraulicznych, osprzętu elektrycznego. Kupując duże ilości komponentów, obniżałoby się jednostkowe koszty produkcji pojedynczej wtryskarki. Także technologia musiałaby zostać unowocześniona. Przykładowo Ponar, bo tylko do jego historii możemy się odnosić, nigdy nie produkował maszyn z serwonapędem lub też maszyn elektrycznych – zauważa Henryk Zoń, wiceprezes spółki Ponarplast.

Także Bogusław Bachniak, właściciel spółki B&K, specjalizującej się w sprzedaży azjatyckich wtryskarek, zwraca uwagę na wymóg, jakim jest prowadzenie produkcji zakrojonej na szeroką skalę.

– Mało prawdopodobne jest, że znajdzie się na rynku polskim producent wtryskarek, jeśli rocznie będzie wytwarzać zbyt małą liczbę wtryskarek. W takiej sytuacji będzie skazany na przegraną i to bez rozpatrywania, czy oferuje maszyny dobre, czy złe. Przy niewielkich liczbach produkowanych przez siebie urządzeń koszty uruchomienia produkcji, certyfikacji, komponentów będą tak wysokie, że ostateczna konkurencyjność cenowa wtryskarek znajdzie się na niskim poziomie. Dlatego potrzeba produkcji kilkuset sztuk, a to jest już wyzwanie – twierdzi Bogusław Bachniak, współwłaściciel spółki B&K.


CAŁY ARTYKUŁ ZNAJDĄ PAŃSTWO W NR 3/2014 "CHEMII I BIZNESU". ZAPRASZAMY.


Wyświetlono: 12073

Przeczytaj również

Skomentuj

Kalendarium

więcej